Dziś chciałem opisać swoją wizytę u fryzjera oraz wnioski, które z niej wyciągnąłem.
Zapragnąłem odwiedzić fryzjera. Na głowie włosy w strasznym nieładzie, a przecież na codzień przebywam wsród kulturalnych ludzi. Czas o siebie zadbać.
Po pracy, wracając do domu, wstąpiłem do mojego zakładu fryzjerskiego i umówiłem się na 19 na strzyżenie. Kiedy dochodziła umówiona godzina umyłem zeby (żeby nie razić nieswieżym oddechem) i poszedłem sie ostrzyc.
W trakcie strzyżenia uciąłem sobie pogawędkę z golibrodą: rozmawialiśmy o pracy, o nauce oraz o tym co to znaczy mieć fach w ręku.
Mój cyrulik okazał się być uważnym słuchaczem. Delikatnie spytał mnie jak mi idzie w pracy. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że dobrze i prawdopodobnie zostanie mi zaproponowane przedłużenie umowy. I to był błąd...
Na koniec strzyżenia dowiedziałem się, że mam zapłacić o 5 zł więcej niż przed dwoma miesiącami - zamiast 35 to 40 zł. Choć mogłem zaprotestować to jednak nie zrobiłem tego. Bez słowa zapłaciłem i wyszedłem z zakładu.
Nie ma wątpliwości: mój fryzjer zrobił mnie na szaro. Widziałem w jego oczach jak się cieszył, że okazał sie sprytniejszy. Ech.... 1:0 dla golibrody.
Ale mecz nadal trwa. Za miesiąc znów będe musiał się ostrzyc. jednak tym razem sie przygotuję. Mój plan jest co następuje:
- Na dzień przed strzyżeniem poprosze Mamę, żeby zadzwoniła do fryzjera i spytała ile kosztuje najprostrze strzyżenie dla mężczyzny.
- Jeśli fryzjer odpowie, że 35 wtedy Mama mnie umówi na wizytę z podaniem mojego nazwiska.
- Jeśli cyrulik powie, że 40 to Mama nie będzie mnie umawiać i pójdę się ostrzyc mając w świadomości, że własnie tyle teraz kosztuje strzyżenie.
Morał z tej historii jest prosty: nie należy się przechwalać sukcesami w pracy przed ludźmi, którzy wykonują dla nas różne usługi. Sukces najczęściej przekłada sie na pieniądze i każdy ma ochotę od razu nas (tych z sukcesami) doić. Buźka i nie dawajcie się. Pozdrawiam